Przedstawiciele branży turystycznej wyszli na ulice. – Demonstrowały osoby, którym banki wchodzą na majątki. Piloci wycieczek, którzy w tym roku nie zarobili ani złotówki. Właściciele małych biur agencyjnych, którzy od ponad pół roku nie zarabiają. Część jest u kresu wytrzymałości – o desperackim proteście w Warszawie opowiada Krzysztof Matys, który z branżą turystyczną związany jest od 20 lat.

Branża turystyczna jest bez wątpienia jedną z tych, która skutki pandemii będzie odczuwać jeszcze przez długie lata. 22 czerwca w centrum Warszawy odbył się protest przedstawicieli tej branży. W grupie osób, które wyszły na ulice był Krzysztof Matys Krzysztof Matys, który prowadzi w Białymstoku autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel, zajmuje się szkoleniami branży turystycznej oraz analizą rynku, promocją turystyki i prowadzi bloga.

Joanna Klimowicz: Pojechałeś w poniedziałek z Białegostoku do Warszawy, by razem z innymi przedstawicielami branży turystycznej – pilotami, agentami turystycznymi czy przewodnikami – przemaszerować przez stolicę w proteście przeciwko brakowi programu pomocowego dla upadającej branży turystyki wyjazdowej. Jak źle jest?

Krzysztof Matys: Jest krytycznie. Co prawda są i przedsiębiorstwa w lepszej sytuacji, takie, które w poprzednich latach wypracowały sobie wygodną poduszkę finansową albo mają zewnętrzne źródło finansowania (dokładają z prywatnego majątku), ale generalnie jest bardzo źle. Branża turystyczna jako pierwsza doświadczyła kryzysu i ostatnia z niego wyjdzie. Kilka godzin przed demonstracją nasze biuro składało projekt o dofinansowanie w związku z COVID-19. W konkursie mogła wystartować każda firma, która straciła minimum 30 proc. My, jako biuro podróży, straciliśmy 100 proc.! I tracimy nadal, ponieważ wcale nie wróciliśmy do normalnej działalności. Nie zarabiamy teraz i nie zarobimy przez najbliższe miesiące.

Jak wyglądał wasz protest?

Pokojowo i apolitycznie. To podkreślaliśmy szczególnie mocno. Nie chcieliśmy, żeby ktoś próbował wpisać nas w toczącą się kampanię wyborczą. Przeszliśmy z placu Zamkowego przed Sejm, a następnie przed Ministerstwo Rozwoju. Szliśmy ubrani na czarno i z walizkami. Uznaliśmy, że walizki są jasnym symbolem turystyki. Na bagażach mieliśmy przyklejone kartki z hasłami, które miały na celu podkreślenie, że wszyscy jesteśmy „polską turystyką”. Piloci wycieczek zagranicznych, przewodnicy wycieczek przyjazdowych do Polski, doradcy turystyczni, biura małe i duże… To polska turystyka, o której zapomina polski rząd. Dlatego chcieliśmy przypomnieć. Wśród skandowanych haseł, dużą popularnością cieszyło się to: „Turystyka umiera, rząd nas nie wspiera!”.

Przed Ministerstwem Rozwoju ustawiliśmy walizki w szpaler i odczytany został list do pani wicepremier Emilewicz. Delegacja spotkała się z Dominikiem Borkiem, dyrektorem w Departamencie Turystyki. I muszę przyznać, że było to interesujące spotkanie. Dyrektor Borek i towarzyszący mu urzędnicy zdali relację z działań, które właśnie toczą się w zaciszu gabinetów i z uwagą przyjęli nasze postulaty. Odrobinę nadziei to wnosi.

Jakie to postulaty?

Poza ogólnymi kwestiami, takimi jak na przykład o zaprzestaniu chaosu decyzyjno-informacyjnego, który wpędza przedsiębiorców w duże kłopoty, czy o potrzebie specjalnego, poświęconego turystyce, sektorowego programu pomocy, przekazaliśmy całą listę postulatów szczegółowych. Część z nich była już ministerstwu znana, część to zupełnie nowe rzeczy. Te nowe dotyczą wielu konkretnych rozwiązań, często wcale nie wymagających dodatkowych środków, ale na przykład dostosowania do zaistniałej sytuacji kryteriów przy naborze wniosków, w ramach istniejących już tarcz finansowych.

Podnosicie, że od ponad pół roku pracujecie za darmo. Na czym polega wyjątkowość waszej sytuacji?

Epidemia zablokowała granice w marcu, ale w wyniku tej blokady biura podróży straciły pieniądze wypracowane wiele miesięcy wcześniej. Specyfiką branży jest to, że pracujemy z dużym wyprzedzeniem. We wrześniu i październiku organizujemy i sprzedajemy wycieczki na kwiecień i maj. Jesienią ponosimy koszty, by odzyskać je wiosną. Tyle, że w tym roku wiosny nie było! Więc w kwietniu, maju i czerwcu okazało się, że od września pracowaliśmy za darmo.

Na tym jednak nie koniec, ponieważ zostały spore długi. Pieniądze wzięte od klientów w formie zaliczek przekazaliśmy polskim i zagranicznym kontrahentom: liniom lotniczym, hotelom, ale też instytucjom państwowym, takim jak np. muzea. Kontrahenci zaliczek najczęściej nie zwracają, a my klientom oczywiście musimy je oddać. Co stawia nas – biura podróży, w bardzo trudnej sytuacji.

A bon turystyczny nie pomoże?

Jeśli odrobinę pomoże, to tylko części branży. Poza tą pomocą pozostaną tysiące przedsiębiorstw i setki tysięcy pracowników. Nic z niego nie otrzymają biura zajmujące się turystyką wyjazdową oraz przyjazdową do Polski. Poza nim pozostaną na przykład piloci i przewodnicy współpracujący z tym biurami. Nie będę krył, że wielu z nas drażni nazywanie tego bonu „pomocą dla branży turystycznej”. Zmieńmy to na „pomoc adresowaną do części branży turystycznej”, a będzie przynajmniej szczerze.

Co może się stać bez poważnej ingerencji państwa? Jakie są szacunki odnośnie tego, ile przedsiębiorstw może upaść, ile osób stracić pracę?

Takimi szacunkami nikt nie dysponuje. Dlaczego? Ponieważ branża jest mocno rozdrobniona, wiele przedsiębiorstw to firmy rodzinne, a te od miesięcy dokładają z prywatnego majątku, w ten sposób ratując swój byt, ale też dbając o interesy swoich klientów. Tego nie obejmą żadne statystyki. To są życiowe tragedie tysięcy ludzi, a tych szacunki nie obejmują. Uczciwie mówiąc, to biura trwają też dzięki sympatii i wyrozumiałości klientów, między innymi moje biuro. Ludzie, którzy nas znają, jeżdżą z nami od lat, nie wycofują pieniędzy, zostawiają je na przyszły rok, tylko po to, żeby nam pomóc. Tego też żadne statystyki nie obejmą.

Kluczowa będzie jesień, ponieważ wtedy minie termin zwrotów zaliczek za niezrealizowane wycieczki z wiosny (194 dni wprowadzone specustawą w marcu tego roku). Te biura, które nie znajdą finansowania, będą upadać. Pociągną za sobą firmy ubezpieczeniowe, które dały gwarancje biurom oraz Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, który stanowi drugi człon zabezpieczenia. To sprawa bardzo poważna z punktu widzenia finansów państwa, więc Ministerstwo Rozwoju akurat nad tym problem pochyla się z uwagą. Teraz czekamy na konkrety.

Co będzie, jeśli upadną polskie biura? Nasz rynek jest bardzo perspektywiczny. Za rok czy dwa znowu będzie przynosił dochody. Ale wtedy tort ten może już zostać zagarnięty przez zagraniczne biura, którym ich rządy dopłacą do zdobycia nowych rynków. Zagraniczne koncerny nie zapłacą w Polsce takich podatków, jak my. Dlatego z punktu widzenia państwa, ratowanie branży turystycznej, jest po prostu dobrą inwestycją.

Część środowiska zapowiedziała złożenie pozwu zbiorowego przeciw rządowi w sprawie odszkodowania za utracone zarobki. Jakiej kwoty będziecie się domagać?

Chodzi o kwotę 141 mln zł. Stosunkowo niedużą, bo do pozwu na razie przystąpiło trochę mniej niż sto firm. Podstawą prawną jest niezgodne z prawem uniemożliwienie prowadzenia działalności gospodarczej. Kancelaria reprezentująca tę grupę przedsiębiorców ma na to konkretne argumenty.

Nie mamy pretensji o samą epidemię, bo to czynnik obiektywny i niezależny od takich czy innych działań administracyjnych. Mamy pretensje o politykę rządu z epidemią związaną. W polityce tej znajdziemy wątpliwe prawnie posunięcia, ale też narażający przedsiębiorców na dodatkowe wysokie koszty chaos decyzyjny i chaos informacyjny.

A tak po ludzku – jakie są nastroje w branży? Jak sobie radzicie?

Nie poddajemy się łatwo, jesteśmy zahartowani. Branża turystyczna wielokrotnie doświadczała kryzysów. Pracuję w niej 20 lat, doskonale pamiętam zastój po 11 września 2000 r. Przetrwaliśmy też wulkany, wojny i inne kataklizmy. Nigdy wcześniej nie demonstrowaliśmy i nie domagaliśmy się pomocy, rozumieliśmy, że taka jest specyfika branży, musimy być przygotowani na perturbacje i okresowe przestoje. Ale rok 2020 jest absolutnie wyjątkowy. Pół roku pracy za darmo, to jeszcze nic. Bo te sześć miesięcy już minęło, a my dalej pracujemy i nie zarabiamy. Zorganizowana turystyka w normalnym stopniu szybko nie ruszy. Dlatego potrzebujemy pomocy!

Na demonstracji były osoby, którym banki właśnie wchodzą na ich majątki. Piloci wycieczek, którzy w tym roku nie zarobili ani złotówki. Właściciele małych biur agencyjnych, którzy od ponad pół roku nie zarabiają, ale utrzymują biura w trosce o swoich klientów. Część jest u kresu wytrzymałości, niektórzy mocno zdeterminowani. Zresztą sam fakt, że demonstrację ad hoc zorganizowało kilka osób, które się nie znały i nigdy czymś podobnym nie zajmowały, mówi sam za siebie. Marsz ten pokazuje, że w branży wrze. Branża czeka na konkretne rozwiązania. I nie jest w stanie czekać zbyt długo.

źródło: wp.pl

Share →