Wygaszenie części oddziałów położniczych to po prostu ich likwidacja. Propozycja NFZ może być krokiem do zamykania szpitali ocenianych jako „niepotrzebne”. Zresztą to przecież ma już miejsce – ocenia Jerzy Przystajko, farmaceuta, członek partii Lewica Razem, absolwent Akademii Medycznej we Wrocławiu.

Leczenie szpitalne odpowiada za ok. 50 proc. kosztów Narodowego Funduszu Zdrowia, są to więc świadczenia „drogie”. Mapy potrzeb zdrowotnych opublikowane w 2018 r. — mimo swoich wad i metodologicznych ograniczeń — faktycznie pokazały, że rozkład bazy szpitalnej nie pokrywa się z rzeczywistymi potrzebami zdrowotnymi Polaków. Dotyczy to zwłaszcza szpitali w mniejszych miejscowościach. Tego rodzaju problem pojawia się zresztą wszędzie tam, gdzie gęstość zaludnienia jest niewielka, a polska prowincja systematycznie się wyludnia. Z podobnym problemem zmagała się np. Szkocja i tam występowały tzw. cottage hospitals. Realizowały one różnorodne świadczenia medyczne z obszarów, które zawsze powinny być zabezpieczone na podstawowym poziomie.

Wygaszanie, będące konsekwencją zaproponowanego przez NFZ premiowania za efekt, będzie po prostu likwidacją. A to nie jest odpowiedź na problem niedopasowania liczby i specjalizacji szpitali czy oddziałów do zmieniających się potrzeb zdrowotnych starzejącego się społeczeństwa. Należałoby rozwijać system opieki ambulatoryjnej wzorem innych państw Europy Zachodniej. Rozwiązanie przedstawione przez NFZ jest pogłębieniem tego, co już się dzieje poza większymi ośrodkami miejskimi, czyli zwijania usług publicznych, w tym właśnie opieki zdrowotnej.

Niestety, najczęściej nie proponuje się nic w zamian. Skutkiem będzie drastyczne ograniczenie dostępu do opieki zdrowotnej i to dla tych grup, które są już i tak w systemie najsłabsze, np. dla samotnych seniorów z mniejszych miejscowości. Fundusz zapowiedział co prawda, że w przypadku położnictwa przyjmie dodatkowe kryterium odległości, tak by pacjentka zawsze mogła dojechać w razie potrzeby, ale przy tak kiepskim stanie publicznego transportu w mniejszych miasteczkach i wsiach jest to nietrafiony pomysł.

NFZ nie zapanuje nad procesem zamykania oddziałów i szpitali. Likwidacja ma i będzie miała przypadkowy charakter, co odbije się na lokalnych społecznościach.
W Ministerstwie Zdrowia nadal jest silne przekonanie — będące spadkiem po nieudanych elementach transformacji i konsekwencją politycznych decyzji sprzed lat — że wszystko powinien regulować rynek. W takim modelu szpitale ze sobą konkurują, tak by pacjent mógł wybrać placówkę dla siebie najlepszą. Pokutuje przeświadczenie, że rynek sam wszystko rozwiąże. Złudne, skoro tak się nie stało w wielu dziedzinach życia publicznego.

Likwidacja części oddziałów i szpitali to przemilczany skutek wprowadzenia sieci szpitali. W mojej ocenie jest to też wynik innego założenia, że reforma będzie bezkosztowa. Dodajmy do tego, że przeznaczamy na ochronę zdrowia kwoty dalekie od europejskiej średniej i wynik jest prosty: tnie się placówki i oddziały. I bez większych nakładów będzie tak nadal.

źródło: pulsmedycyny.pl

Share →