Podczas pandemii COVID-19 inne choroby zeszły na drugi plan. Pytanie jednak, jak długo mają tam pozostać? Kluczem do zmiany tej sytuacji i rzeczywistego odmrożenia pracy kolejnych szpitalnych oddziałów, jest obowiązkowe testowanie na obecność koronawirusa całego personelu w każdej placówce ochrony zdrowia – podkreślają eksperci.

Pilne wznowienie planowych przyjęć wymagane jest między innymi w oddziałach neurologicznych. – Mamy, w porównaniu z okresem sprzed pandemii, ok. jedną trzecią mniej zajętych łóżek. W naszym oddziale są teraz głównie pacjenci z udarami, rzutami stwardnienia rozsianego, z guzami mózgu, stanami padaczkowymi, a także zaostrzeniem innych chorób – mówi Rynkowi Zdrowia prof. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, kierownik Oddziału Neurologicznego i Udarowego Szpitala św. Wojciecha, Copernicus Podmiot Leczniczy Sp. z o.o. w Gdańsku.

Pacjenci próbują przeczekać chorobę

– Jesteśmy ośrodkiem wyższej referencyjności w zakresie leczenia udaru mózgu. Nie zanotowaliśmy dotychczas, mimo pandemii COVID-19, spadku liczby przyjęć na oddział – informuje nas dr hab. n. med. Anetta Lasek-Bal, prof. SUM, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, lekarz kierujący Oddziałem Neurologii w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach.

I dodaje: – Zmiana polega jednak na tym, że obecnie część pacjentów trafia do nas zbyt późno, co jest efektem podejścia chorych lub ich opiekunów, którzy próbują niejako przeczekać problem. Dopiero gdy okazuje się, że objawy nadal nie ustępują, wzywana jest pomoc medyczna.

– To oczywiście bardzo niekojące zjawisko, ponieważ wraz z wydłużaniem się czasu od pierwszych objawów udaru nasze możliwości podjęcia skutecznej interwencji są coraz mniejsze. Obserwujemy, że to opóźnienie sięga kilku, a nawet kilkunastu godzin. Takie postępowanie chorych oraz ich rodzin w znacznej mierze wynika z obawy przed zakażeniem koronawirusem. W powszechnej świadomości, szpital jest bowiem miejscem podwyższonego ryzyka infekcji – zaznacza prof. Anetta Lasek-Bal.

Odsyłanie do innych szpitali

Specjalistka wskazuje, że kolejne problemy stwarzają sytuacje, w których pacjenci z objawami udaru – z powodów związanych z obecną sytuacją epidemiologiczną – nie są przyjmowani do szpitali: – Zdarza się też tak, że SOR lub izba przyjęć są czasowo zamknięte ponieważ u kogoś stwierdzono tam zakażenie koronawirusem lub wystąpiło podejrzenie infekcji. W takich sytuacjach wdrażane są procedury, które ograniczają lub uniemożliwiają zaopatrywanie zgłaszających się innych pacjentów, w tym z udarem mózgu.

– Znam przypadek, kiedy pacjent właśnie z udarem mózgu był dwukrotnie przekazywany do kolejnych placówek i dopiero za trzecim razem trafił na właściwy oddział, w którym choremu udzielono pomocy w postaci trombolizy dożylnej. Następnie chory został przekazany do naszego ośrodka, gdzie wykonaliśmy zabieg trombektomii – opisuje ekspertka.

– Jeżeli chodzi o liczbę trombektomii – od 15 marca br. do 30 kwietnia wykonaliśmy ich w naszym oddziale 23. To nieznacznie mniej w porównywaniu ze średnią miesięczną liczbą trombektomii przeprowadzonych w pierwszym kwartale bieżącego roku. Pandemia nie spowodowała więc u nas istotnego zmniejszenia liczby takich zabiegów. Znam jednak ośrodki z redukcją interwencji o 50%, a nawet 80% w stosunku do okresu sprzed pandemii – informuje nas prof. Anetta Lasek-Bal.

Przekroczenie okien czasowych zagraża zdrowiu i życiu

Zwraca uwagę, że w kontekście problemów skutkujących opóźnieniem interwencji medycznej należy pamiętać, że w przypadku udaru mamy ściśle określone okna terapeutyczne, czyli czas, w którym lekarze są w stanie wdrożyć skuteczną terapię. Dla trombolizy dożylnej (rozpuszczającej skrzeplinę w naczyniu) to 4,5 godziny, natomiast w trombektomii (mechaniczne usunięcie skrzepliny) – 6 godzin.

– Zdecydowane przekroczenie tych okien czasowych skutkuje tym, że pozostają nam już do dyspozycji tylko metody zachowawcze, niereperfuzyjne, które nie leczą przyczynowo choroby. Skuteczność tradycyjnych, zachowawczych terapii jest istotnie niższa niż leczenia reperfuzyjnego – zaznacza specjalistka.

– W czasie pandemii ośrodki neurologiczne wykonujące trombektomię funkcjonują bez poważniejszych problemów. Mamy swoje sprawdzone i na bieżąco aktualizowane procedury dotyczące bezpiecznego przyjmowania zarówno pacjentów z podejrzeniem koronawirusa, jak i osób zakażonych. Nie ma więc obecnie żadnych powodów, aby a priori rezygnować z przeprowadzania trombolizy i/lub trombektomii mechanicznej w leczeniu pacjentów z udarami, u których wskazane jest zastosowanie jednej z tych metod – podsumowuje prof. Anetta Lasek-Bal.

Skala problemu

– W Polsce co roku ponad 80 tys. osób zapada na udar mózgu, z czego 80-88 proc. stanowią udary niedokrwienne, a pozostałe 12-20 proc. – krwotoczne. Choroba ta jest najczęstszą przyczyną trwałej, złożonej, a często masywnej niepełnosprawności dorosłych i drugą do piątej – w zależności od metodyki badania – najczęstszą przyczyną zgonów przypomina prof. Bartosz Karaszewski, kierownik Katedry Neurologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, główny ekspert zespołu ds. udaru w Departamencie Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia.

– Każdy, nawet osoba będąca na kwarantannie, powinna tak szybko, jak to możliwe telefonicznie zaalarmować pogotowie ratunkowe w przypadku, gdy podejrzewa u siebie lub innej osoby udar mózgu. W takich sytuacjach unikanie kontaktu z personelem medycznym w obawie przed zakażeniem koronawirusem jest błędem – podkreśla prof. Karaszewski.

Uspokaja, że osoby, które zachorują na udar mózgu podczas pandemii, mogą otrzymać skuteczne leczenie podobnie, jak w normalnych warunkach epidemicznych. – Z kolei pacjent z udarem mózgu, u którego jednocześnie zostanie rozpoznana infekcja COVID-19 będzie leczony w oddziale udarowym tzw. szpitala jednoimiennego, czyli leczącego chorych z tą infekcją – wyjaśnia ekspert.

Specjaliści: musimy leczyć, a nie czekać

– W porównaniu z okresem sprzed pandemii mamy naszym oddziale ok. jedną trzecią mniej zajętych łóżek. Jak sprawić, aby wrócili planowi pacjenci?- pyta prof. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, kierownik Oddziału Neurologicznego i Udarowego Szpitala św. Wojciecha, Copernicus Podmiot Leczniczy Sp. z o.o. w Gdańsku. w rozmowie z Rynkiem Zdrowia.

– Ustawa dotycząca szpitalach jednoimiennych (zakaźnych) mówi, że można tam przyjmować pacjentów już zdiagnozowanych. Tymczasem nadal robimy w Polsce zbyt mało testów na obecność koronawirusa, a na wynik czeka się nawet do kilkunastu godzin. W wielu przypadkach nie mamy tyle czasu – musimy leczyć, a nie czekać – zaznacza.

Dodaje, że „ten model nie jest dobrze przemyślany”: – Osoby z grup ryzyka zakażeniem SARS-CoV-2, a zarazem z chorobami ostrymi, nie powinny trafiać do strefy buforowej w zwykłym szpitalu i narażać innych na infekcję oraz zawieszanie działalności całego szpitala lub oddziałów. Te osoby od razu powinny być kierowane do szpitala „covidowego” i tam leczone. To ryzyko byłoby wówczas skupione w jednym miejscu, a nie rozproszone w wielu placówkach – podkreśla prof. Sławek.

– Inne choroby podczas pandemii, co jest oczywiste, zeszły na drugi plan. Pytanie jednak, jak długo mają tam pozostać? Ile może trwać pozostawienie samym sobie np. osób z chorobą Parkinsona. Przez telefon nie zbadam takiego pacjenta – mówi prezes PTN. Zaznacza, że m.in. neurologia, kardiologia, interna czy reumatologia mają swoich pacjentów chorujących przewlekle. Dlatego jak najszybsze wznowienie planowego leczenia tych chorych jest koniecznością.

– Kluczem do pełnego „odmrożenia” pracy lecznic oraz ich bezpiecznego, sprawnego funkcjonowania w dobie pandemii, jest powszechne, obowiązkowe testowanie na obecność koronawirusa wszystkich pracowników służby zdrowia. Po pierwsze, aby się wzajemnie nie zarażali. Po drugie, aby uniknąć sytuacji nagłego wyłączania oddziałów z powodu zakażenia kogoś z personelu – konkluduje prof. Jarosław Sławek.

Konieczne testowanie całego personelu szpitali

Zgadza się z nim w pełni Władysław Perchaluk, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego (ZSzPWŚ) i dyrektor Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu.

– Czas na obronę przed koronawirusem już minął, pora na atak i czynne zwalczanie ognisk epidemicznych. Jako dyrektor Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu już kilka tygodni temu wprowadziłem obligatoryjne badania, najpierw całego personelu oddziału obserwacyjno-zakaźnego, a na kolejnym etapie – przy silnym zaangażowaniu prezydenta Bytomia – pozostałego personelu naszego szpitala – informował prezes Perchaluk w apelu, który wystosował 5 maja br. do samorządowców z województwa śląskiego w sprawie walki z pandemią koronawirusa.

– Doświadczenia krajów, które najlepiej radzą sobie ze zwalczaniem pandemii wskazują, że najlepszym orężem w walce z koronawirusem są właśnie badania. Dlatego trzeba natychmiastowo wprowadzić obowiązkowe testy dla personelu we wszystkich jednostkach ochrony zdrowia – dodaje prezes ZSzPWŚ.

W rozmowie z Rynkiem Zdrowia Władysław Perchaluk przypomina, że na razie rozporządzenie obliguje do przeprowadzania testów na obecność koronawirusa tylko tych medyków, którzy mają kontakt z osobami zarażonymi lub u których występuje podejrzenie zachorowania.

– Teraz, kiedy tak bardzo potrzebujemy personelu do odmrażania pracy kolejnych oddziałów i wznawiania przyjęć planowych, testowanie wszystkich pracowników placówek medycznych jest niezbędne – podsumowuje Władysław Perchaluk.

źródło: rynekzdrowia.pl

Share →